niedziela, 6 stycznia 2013

Rozdział X „Wyczyn”



Dom był cudowny, taki piękny, duży, nowoczesny. Wiedziałam, że urządzała go Alice i Esme.
-I jak?- zapytał mój mąż.
-Cudowny. Dziękuję.
-Nie musisz dziękować mi, po części to też prezent dla mnie. – Pod koniec zaczął się śmiać.
-Faktycznie. Będę musiała podziękować Alice i Esme. To jak pokażesz mi co gdzie jest?
-Oczywiście pani Cullen. – wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą. Jako pierwszy pokój, Edward pokazał mi salon. Był taki rozświetlony. Na samym środku stała szeroka kanapa. Pokryta białą skórą. W rogach leżały ciemno brązowe poduszeczki. Przed kanapą stała niska ława z jasnego drewna. Na niej stał duży piękny wazon, jak znam Alice to pewnie jest on bardzo cenny. W wazonie były piękne kolorowe kwiaty. Z karteczką „ Witamy w domu”. Na samym środku salonu stał ogromny kominek. Nawet ja z moją lodowatą skórą czułam jego ciepło.
-To co idziemy dalej ?- Zapytał Edward.
-Yhym. Tym razem to ja wybrałam kierunek. Moją uwagę przykuły nieduże białe drzwi. Podeszłam i przekręciłam klamkę.
-To pokój Renesmee.-Powiedział Edward.- Weszłam do środka. Cały pokój był w odcieniach bieli i złota. Biały regał z lalkami i książkami. Białe łóżeczko dla niemowlęcia, białe łóżko dla starszego dziecka. Wszystko to wyglądało naprawdę przepięknie. Wzięłam Edwarda za rękę i poszłam dalej zwiedzać dom. Tym razem to on prowadził. Otworzył duże, białe, podwójne drzwi.
-To garderoba.
-Wow, duża. Ale faktycznie, żeby pomieścić wszystkie ubranka Renesmee, moje i twoje.
-Yhym… Bello?
-Tak ?
-To twoja garderoba.- zaczął się śmiać.
-Jak to moja? Przecież ja nie mam tylu ciuchów.
-Już masz.
-Ah, ta Alice. – Wyszliśmy z garderoby. Edward pokazał mi jeszcze naszą sypialnie, w której obiecał mi, że spędzę tam najpiękniejsze chwile swojego nowego życia. Potem pokazał mi jeszcze kuchnię i ogród. W końcu usiedliśmy przed kominkiem i rozmawialiśmy o nas, o Renesmee i o tym, co nas ostatnio spotkało. W końcu Edward przysunął się do mnie bardzo blisko. Musnął swoimi zimnymi wargami moje usta, a potem zaczął zdejmować moje ubrania. A ja uczyniłam to samo z jego garderobą. Po chwili leżeliśmy już na podłodze, całkiem nadzy. Rozkoszowałam się każdym kawałkiem jego ciała. Edward namiętnie całował moją szyję, brzuch, ręce, całe moje ciało. Rozkoszowałam się tą chwilą, aż do chwili, gdy Edward podparł się na jednej ręce i położył obok mnie przyglądając się mi uważnie.
-Co jest?- Zapytałam
-Nic, po prostu patrzę sobie na moją piękną żonę.
-Musimy iść do Renesmee.-Powiedziałam
-Dobrze, no to ubierz się i idziemy.-Wstaliśmy i poszliśmy się ubrać. Ja wybrałam luźną ciemnozieloną bluzkę i czarne rurki, a do tego wszystkiego czarne trampki. Edward ubrał się w dżinsy i czarny kaszmirowy sweter.
                                                               ********
15 minut później byliśmy w domu u Cullenów.
-Hej wszystkim. –Krzyknęłam.
-Witaj Bello!-odpowiedziała Esme z kuchni.
-Gdzie Renesmee?
-Z Rose w ogrodzie. Rosalie próbuję ją uśpić, bo mała całą noc płakała, że chce do ciebie. Ale Alice zabroniła wam przeszkadzać.
-Ahh. Przepraszam was. Nie wiedziałam nic o chytrym planie Alice. Już ją zabieram, żebyście mogły odpocząć.
-Renesmee, zaśnij w końcu, proszę cię…- Wołała Rose z ogrodu.
-Już idę Rose!-Krzyknęłam w stronę otwartych drzwi balkonowych. Kiedy podeszłam do wózka w którym leżała moja córeczka, od razu zaczęła wyciągać rączki w moim kierunku. Wzięłam ją na ręce i pocałowałam w czółko.
-Dzień dobry kochanie, czemu nie dawałaś ciociom i babci spokoju w nocy? Czemu nie chciałaś zasnąć?-Renesmee dotknęła mojego policzka i pokazała mi, że jest na mnie obrażona, bo mnie nie było w nocy przy niej.
-Ohh, wiem kochanie, wiem. Ale tatuś pokazywał mi nasz nowy dom. Będziemy teraz mieszkać w trójkę, ja ty i tata. A do dziadków i cioci będziemy przychodzić codziennie. A na razie może pobawimy się w ogrodzie. –Wyszłyśmy do ogródka, jako że Renesmee jeszcze o dziwo nie siadała, rosła szybko jak na niemowlaka, bo miała 5 dni, a wyglądała na 8 miesięczne dziecko. Mimo to nie siadała. Położyłam ją na specjalnym niemowlęcym materacyku,  z różnymi zabawkami. Mała bawiąc się uroczo wyglądała. Pomyślałam, że mogę na sekundkę wejść do domu i wziąć dla niej kocyk. Gdyby ktoś lub coś się zbliżało bym to usłyszała i wyczuła. Weszłam do domu.
-Bello!, Gdzie jest mała?-Zapytała Rosalie.
-W ogródku, leży sobie i się bawi, spokojnie Rose nic jej nie grozi.
-Na wszelki wypadek pójdę na nią popatrzeć. – Rose, poszła popilnować małej, a ja poszłam po kocyk na górę.
-Bello!!! Chodź tu szybko!-Rosalie była zdenerwowana. Rzuciłam kocyk na podłogę i zbiegłam na dół. Ciśnienie gdyby mogło na pewno wzrosło by mi do 200. Ale gdy tylko doszłam do drzwi balkonowych, moje obawy zniknęły.
-Popatrz jaka ona śliczna.- Rosalie wpatrywała się w moją córeczkę jak w diamencik. Doznałam szoku. Kiedy podeszłam bliżej, okazało się, że Renesmee nie tak bardzo jak ja czy Edward czy też reszta rodziny, iskrzy się w słońcu, tylko lekko połyskuje. Była taka śliczna.
-Kochanie chodź tu do nas.- Zawołałam Edwarda, który właśnie wysiadł z auta. Nawet nie zauważyłam, że pojechał do miasta.
-Już idę.
-Popatrz, jaki mamy skarb.-Wskazałam ręką na nasz diamencik.
-Ohh. Rzeczywiście, nie ma się co dziwić, w końcu po tak pięknej mamie, ona też musi być piękna.
-Bello, zabierz małą do domu. Zaraz będzie padać.-To Alice ze swojego pokoju. Jak to ma padać, no tak jej wizjom nie należy się sprzeciwiać. Wyrwałam się z objęć mojego męża i wyszłam na dwór aby zabrać nasze dziecko do domu. Faktycznie, zdążyłyśmy z Ness wejść do domu i zaczęło lać jak z cebra.
-Dzięki Al. –Krzyknęłam w stronę schodów.
-Nie ma za co. –odkrzyknęła.
-To co jak na razie się nigdzie nie ruszamy.-Powiedział Edward.-Słoneczko, chodź  trochę do taty, bo mama albo ciocie cię ciągle zabierają.- Edward wziął małą na ręce a ja poszłam odebrać telefon, który akurat dzwonił. Był to Charlie.
-Witaj, tato.
-Cześć Bells!, Mam do ciebie sprawę.-W jego głosie wyczułam, że cieszy się jak małe dziecko.
-Tak, tato?
-Bo widzisz, skoro zostałem dziadkiem, to mógłbym któregoś dnia wziąć małą do siebie.-zaproponował.
-Ohh, jasne, że tak. Czemu nie. Damy ci znać dobrze?
-Jasne, czekam na telefon. Bello?-Jego głos spoważniał.
-Tak?
-Dziękuję, że powiedziałaś mi o Nessi.
-Oh, tato. Jesteś jej dziadkiem nie mogłam ci nie powiedzieć.
-To do zobaczenia. Kocham cię. Ucałuj moją wnusię i pozdrów resztę rodziny.-Rozłączył się.
-Macie pozdrowienia od Charliego, a ty kochana- I tu podeszłam do mojej córeczki- A ty masz całusa od dziadka.
                                                                           ***
Minęły trzy dni od telefonu mojego taty. Codziennie rozmyślałam, kiedy można by zawieść do niego Renesmee.  Ale na razie nie było wolnego terminu w naszym harmonogramie zajęć, bo mała była ciągle porywana przez ciocie. Któregoś razu, gdy Ness była z dziewczynami na spacerze w lesie, a ani Carlisle ani Esme, ani nikogo innego nie było w domu, postanowiłam pojechać do Seattle tak po prostu pochodzić i porozglądać się czy coś się zmieniło. Zostawiłam karteczkę, dla dziewczyn, żeby się o mnie nie martwiły. Ubrałam moją czarną skórzaną kurtkę, która idealnie pasowała mi do czarnych rurek i ciemnozielonej tuniki, do tego wszystkiego założyłam średnio wysokie czarne szpilki. Wybrałam volvo Edwarda, bo było najmniej ekstrawaganckie z wszystkich aut Cullenów. Edward pojechał razem z Emmetem, więc mogłam spokojnie brać jego auto. W centrum Seattle byłam jakieś 40 minut później. Zostawiłam volvo na parkingu i poszłam na spacer. O dziwo, jak na mnie weszłam do centrum handlowego. Moją uwagę przykuł sklep z ubrankami dla dzieci. Weszłam i pochłonął mnie wir zakupów. ………
Gdy wyszłam ze sklepu była już 17.00 więc w sklepie siedziałam jakieś dwie godziny. Zapakowałam wszystkie zakupy do auta i chciałam pójść jeszcze do sklepu spożywczego po jakieś „ludzkie” jedzenie dla Renesmee. Musiałam przejść jakieś 4 ulice, od mojego auta. Kiedy tak szłam, mijałam ciemną ślepą uliczkę, nie przypuszczałam, że to co mnie zaraz spotka będzie miało taki wpływa na moje życie. Z ciemnej uliczki dobiegło mnie kobiece wołanie o pomoc. Natychmiast pobiegłam w tamtym kierunku. Moim oczom ukazała się drastyczna scena. Jakiś facet w kapturze, wymachiwał nożem przed młodą kobietą. Bez namysłu podbiegłam do niego i lekko puknęłam go w plecy.
-Co jest kurrrr….-Odwrócił się gwałtownie w moją stronę. – Ooo proszę następna pani do zabawy. –Zaczął się bezczelnie śmiać.
-Uważaj bo ta pani, może ci zrobić krzywdę. –Powiedziałam stanowczym tonem.- Oddaj tej kobiecie,  to co do niej należy i wynoś się stąd!-Krzyknęłam.
-Spokojnie, panienko. Zaraz pożałujesz, że tu przyszłaś.-Mężczyzna zaczął podchodzić coraz bliżej mnie. W pewnym momencie mnie chwycił, a ja złapałam go za ramię i powiedziałam.
-A mówiłam, żebyś tego nie robił. Ostrzegałam cię, żebyś się stąd wynosił. –Jednym ruchem przerzuciłam go przez swoje plecy i tak mocno się zamachnęłam, że wylądował przy wyjściu na ulicę. Mężczyzna podniósł się i biegiem uciekł w stronę zaludnionego osiedla. Ja podeszłam do kobiety, która siedziała skulona w kącie.
-Nic pani nie jest?-zapytałam
-Nnnie, dziękuję pani. Ale jak?-Musiałam szybko coś wymyślić.
-Mój mąż jest trenerem samoobrony.-Palnęłam szybko.
-Ahh, taki mąż to skarb.-dodała kobieta.
-Ma pani rację. Nazywam się Isabella Cullen.
-Bardzo mi miło, ja jestem Lizzy  Volt. Jeszcze raz bardzo dziękuję.
-Oh, nie ma za co. Ale może zawiozę panią do szpitala. Mój teść jest tam lekarzem.
-Nie, nie dziękuję. Jeśli tylko nie był by to problem to czy mogłabyś Bello, podwieźć mnie do domu?
-Ależ oczywiście, że nie. Zapraszam do mojego auta.-Kiedy wsiadłyśmy do volvo, Lizzy zaczęła się  rozglądać po całym aucie.
-Widzę, że jesteś już mamą, nie widać tego po tobie.-powiedziała.
-Tak, mam córkę ma na imię Renesmee. Uwierz mi to nie był najłatwiejszy poród. Lekko się uśmiechnęłam. Resztę drogi, dziewczyna opowiadała mi o sobie. Kiedy już dojechałyśmy pod jej dom, grzecznie się pożegnała i wysiadła. A ja ruszyłam w stronę domu.
                                                                        ***
Zaparkowałam w garażu, wzięłam zakupy i weszłam do domu.
-Cześć wszystkim.-Powiedziałam.
-No, no Bello widzę, że coraz lepiej odnajdujesz się w roli matki. –powiedziała Rose.
-Dzięki.
-Idź do salonu, Edward i Alice mają dla ciebie jakiś list.- List, do mnie?! Ciekawe co to mogło być. Udałam się do salonu. Edward i jego siostra siedzieli na kanapie i mieli poważne miny.
-Hej, jestem już co to za list? Ej no spokojnie nie wydałam aż tak dużo.-Dodałam dla żartu.
-Bello, czy coś się wydarzyło? –Spytał Edward.
-Kiedy?
-Podczas twojego dzisiejszego wypadu do miasta.
-Ahh, no tak w sumie to tak. A coś się stało.
-To się stało.-Edward pokazał mi list zaadresowany do mnie. Na odwrocie byłą ogromna pieczęć Volturich. Ciarki przeszły mnie po plecach. Otworzyłam list i zaczęłam czytać.
„Droga Bello, pragniemy zaprosić cię do naszej kwatery. Musimy sobie coś wyjaśnić”
-Co to może znaczyć?- zapytałam zszokowana.
-Nie wiem nie widzę, o co im chodzi.-Powiedziała Alice.
-Ja też, nie wiem, ale się tego dowiem. A ty na pewno nie pojedziesz tam sama………

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz