niedziela, 6 stycznia 2013

Rozdział VI. „ Spacer”



Mój ojciec wiedział o wszystkim!! O wszystkim to znaczy, o czym?! Musiałam się tego jak najszybciej dowiedzieć. Czy  wiedział o Renesmee?, czy wiedział o mnie?, o wampirach? O czym on wiedział?!!
-Alice, co dokładnie widziałaś?
-No….no więc, Charlie był w pokoju Belli, wspominał. Ale potem ktoś do niego przyszedł.
-Kto?!-wyrwało mi się. Jeśli to Jacob to go zatłukę.
-Nie wiem, nie znam tej osoby. Bello czy znasz jakąś kobietę, taka wysoka, brązowo-rude włosy, piękna, ma duże usta, zgrabny nos i ……..-Alice zamarła.
- I co? Alice i co?-bałam się, naprawdę bałam się.
-I ma jasnoczerwone tęczówki.- Alice spojrzała na mnie przepraszająco.
-Co?! To….to nie możliwe. Czy ona….czy ona no wiesz?
-Nie, Bello spokojnie ona tylko z nim rozmawiała o .. o tobie.
-Jak to o mnie? A skąd ona mnie zna? Ja nie mam pojęcia kim ona jest, czego ona chce ode mnie, od mojego ojca?
-Nie wiem, ale wiem, że Charlie przyjedzie tu w Sobotę, ale ta kobieta też złoży Ci wizytę Bello. Musisz uważać. Nie znamy jej, ona może być niebezpieczna.-Ostrzegła mnie Alice.
-Kiedy? –zapytałam.
-Tak jak mówiłam, Charlie w sobotę.  A ona za dwa dni. Mamy czas na przygotowanie się.
-Ale…ale ja się boję. O czym Charlie wie?
-Tego nie wiem. Nie postanowił tu przyjechać z konkretnego powodu. Spokojnie. Przygotujemy dwie wersje, tę o Renesmee i tę o nas.- Alice była taka pewna siebie, podejrzewałam, że ona wie coś więcej. A skoro wie ona to i wie Edward. Ale czemu nie chcą mi nic powiedzieć ?
-Edward…-Zwróciłam się do mojego męża.
-Tak, kochanie.
-Przejdziemy się. – Chciałam wyjść z domu, porozmawiać z Edwardem, przemyśleć  to  wszystko.
-Wiesz kochanie… hm, miałem właśnie pomóc Carlisle’owi. Poprosił mnie rano. To może weź małą na spacer po mieście, a ja do was dołączę , możecie pójść do parku. Hm co ty na to? Przecież musimy zachować pozory normalnego rodzicielstwa. – Pocałował mnie, i obdarzył swoim łobuzerskim uśmiechem. Teraz to ja wybuchłam śmiechem.
-Ha, ha normalne rodzicielstwo. Kto normlany zachodzi w ciążę w wieku osiemnastu lat. Nikt nie widział mnie nawet z brzuchem. Jak my to wszystko wytłumaczymy?
-Dobrze, masz rację do parku może nie idźcie. Ale zawsze możesz zabrać ją na naszą łąkę. Prawda ?-Nasza łąka to było to.
-Masz rację, zabiorę małą na łąkę. Pójdę spakować dla niej rzeczy, na wszelki wypadek.
-Bello.-Zwróciła się do mnie Rose.
-Tak?
-Wiesz, bo Renesmee nie miała jeszcze dziś drzemki, może pojedź samochodem i weź wózek. Będziesz miała łatwiej, kiedy się zmęczy położysz ją w wózku i będziesz mogła odpocząć.
-Masz rację. Emmet, mógłbyś złożyć wózek Renesmee i schować go do bagażnika?
-Się robi siostra. Ale którym jedziesz?
-Czy ja wiem. A w którym jest fotelik Renesmee?
-Yyyy, ostatnio… Rose?- zwrócił się do swojej żony. Coś ukrywali.
-Co jest?- zapytałam.
-No bo widzisz, Jacob chciał tu przyjść, a że Rose nie trawiła go od początku, to po wpojeniu ma go dość jeszcze bardziej. Więc kiedy on tu jechał wzięła małą i pojechała z nią na przejażdżkę.
-Oh. Rose dobry pomysł, dzięki być może i ja go kiedyś wykorzystam.- Posłałam jej szczery uśmiech.
-No to jest w samochodzie Rosalie. –Dodał Emmet.
-Dobra, to przełóż go do mojego mercedesa.
-Już się robi.- Poszłam na górę spakować ubranko na przebranie, bo moja córka uwielbiała się brudzić. Było ciepło, ale nie wiedziałam ile czasu będę na łące, spakowałam jakąś bluzeczkę z długim rękawem, parę spodni i w miarę wygodną kurteczkę. Zbiegłam na dół, chciałam przebrać małą przed wyjściem. Nie myliłam się moja córeczka właśnie cała się obśliniła.
-Ty świntuchu. –Podeszłam do niej, uśmiechając się i gaworząc do niej zabrałam ją na górę i przebrałam. Założyłam jej rajstopki, i słodziutką jasnożółtą sukieneczkę.
-Puk, puk.-Odwróciłam się, to był Emmet.
-Zrobione. Coś jeszcze szefowo?
-Nie, dzięki. Chociaż możesz zanieść jeszcze tą torbę na tylne siedzenie.
-Ok.-Wybiegł. Położyłam małą w łóżeczku i pobiegłam do garderoby się przebrać. Ale kiedy wróciłam doznałam szoku, no a przynajmniej można to tak nazwać. Renesmee nie było już w łóżeczku, ani w tym pokoju.
-Kochanie, mała jest ze mną na dole, już ubrana czeka na ciebie.-Zawołał Edward z dołu, pewnie Jasper wyczuł że się zdenerwowałam a Edward wyczytał z jego myśli.
-Edward, chcesz żebym dostała zawału !- Wrzasnęłam.
-Kochanie, zapominasz chyba, że to jest niemożliwe.- odpowiedział mi , słychać było, że śmieję się jak dziecko.
-Wiesz co mam na myśli. –Powiedziałam będąc już na dole.-No to my jedziemy, dołączysz do nas później prawda?
-Oczywiście jak tylko załatwię sprawę z Carlislem to do was dołączę.
Wzięłam od niego Renesmee i udałam się w kierunku samochodu. Kiedy mała leżała spokojnie, zapięta psami w foteliku, rzuciłam swoją torbę na przednie siedzenie, a sama wsiadłam za kierownice. Edward stał przy moim otwartym oknie i pochylał się tak, żebyśmy byli na równi.
-Tylko jedź ostrożnie.
- Ja zawsze tak jeżdżę, nie jestem tobą piracie drogowy.
- Ohh, próbujesz mnie obrazić?
-Oczywiście, że nie. –Dałam mu całusa prosto w usta i zamknęłam szybę. Kiedy odjeżdżałam z podjazdu widziałam, że się uśmiecha i macha nam na pożegnanie. Jechałam, ostrożnie zresztą tak jak zawsze. Coś kusiło mnie żeby pojechać do ojca i zapytać o czym wie, ale jak to powiedziała Alice to on miał się zjawić u nas. Jechałam drogą, wzdłuż lasu. Zastanawiałam się jak ja się zabiorę z małą, wózkiem i tą torbą, przez  las. Jak ja się dostanę na łąkę. Trudno coś się wymyśli. Zerknęłam w lusterko, Renesmee smacznie spała. Jechałam dalej.
Z PUNKTU WIDZENIA EDWARDA.
Machałem im na pożegnanie. Kiedy już odjechały pobiegłem do domu.
-Alice, no mów co mi miałaś do powiedzenia. Czemu kazałaś mi okłamać Bellę?
-Mam do ciebie sprawę, widzisz pamiętasz Megan?-Tego się nie spodziewałem.
-No ta Megan, która się w tobie tak kochała, wiesz już o co chodzi?
- Niestety tak, ale o co chodzi?
-Ona chce cię odwiedzić.
-Co??!! Kiedy.- Jeszcze tego nam brakowało.
-No jutro.
-Alice!!!
-Co, to nie moja wina, że dopiero dziś to postanowiła. Radzę ci porozmawiać z Bellą, bo nie będzie zachwycona, kiedy Megan się tu pojawi.-Jeszcze tego mi brakowało. Wyszedłem z domu, zacząłem biec. Biegłem w stronę łąki gdzie była moja żona z córką.
Z PUNKTU WIDZENIA BELLI:
Dojechałyśmy. Mała nadal spała. Wysiadłam i wyciągnęłam wózek z bagażnika. Potem na dół, do koszyka na zakupy włożyłam torbę z rzeczami Renesmee. Akurat kiedy zamierzałam otworzyć jej drzwiczki, przebudziła się i zaczęła płakać. Uspokoiłam ją, pomogło. Włożyłam ją do wózka, zamknęłam samochód. Ruszyłam w stronę lasu, przez połowę drogi wiodła ścieżka udeptana przez turystów. Potem musiałam sobie poradzić sama. Byłam w połowie drogi, gdy dostałam sms-a od Alice.
„Idź trzysta metrów w lewo w głąb lasu. Potem Edward wyrobił dla was wygodną ścieżkę, którą łatwo zakryć. Będziesz mogła spokojnie pchać wózek, bez noszenia.  Alice.”
Ohh, kamień spadł mi z serca, nie musiałam tego dźwigać. Co prawda nie było to dla mnie ani trochę ciężkie, ale wtedy mała by się pewnie obudziła. Tak jak napisała moja siostra, w środku lasu czekała na mnie ścieżka. Dotarłyśmy na miejsce. Moja córeczka, oblana promieniami słońca przebudziła się. Wzięłam ją na ręce i pokazałam gdzie jesteśmy. Siedziałyśmy na łące już ze 2 godziny. Renesmee zgłodniała, więc nakarmiłam ją przygotowaną butelką z jej ulubionym daniem, czyli krwią danieli.
Po posiłku znów zasnęła, odłożyłam ją do wóźka, a sama położyłam się na trawie i zamknęłam oczy. Minęło może dziesięć minut a ocucił mnie płacz mojego słoneczka. Szybko otworzyłam oczy i wstałam. To co zobaczyłam przeszło moje najgorsze koszmary………

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz