Biegłam przed siebie, nie potrafiłabym się teraz zatrzymać.
Jednak, kiedy mijałam łuk jakichś starych drzew, zorientowałam się, że ktoś za
mną biegnie. Mój instynkt drapieżnika kazał mi biec szybciej, uciekać, ale moje
ja kazało mi się odwrócić. Jednym zgrabnym ruchem odwróciłam się, stanęłam jak
posąg i wydałam z siebie ostrzegawcze syknięcie, byłam gotowa do skoku,
czekałam na drapieżcę, który mnie gonił. Jakże szybko pożałowałam mojego
zachowania. Zza drzew wybiegł Edward, zatrzymał się niepewnie przy starej
wysokiej sośnie, musiał trawić w nią piorun, bo była dziurawa po środku pnia.
Edward patrzył na mnie, jednak nie mogłam mu teraz nic tłumaczyć musiałam jak
najszybciej dostać się do mojego celu. W ciągu jednej sekundy odwróciłam się i
biegłam dalej. Edward oczywiście natychmiast ruszył za mną, ale ja byłam
nowonarodzona, byłam teraz szybsza nawet od niego. Jakimś cudem mnie
wyprzedził, zatarasował mi drogę, gdy już miałam przekroczyć linię dzielącą
nasz teren od terenu rezerwatu w La Push.
- Bello. Zatrzymaj się!. Nie możesz tam iść. Nie możesz już odwiedzać Jacoba. Nie możemy łamać postanowień paktu. Bello uspokój się i wracajmy do domu, Renesmee zaraz się obudzi.
- Nie, nie mogę teraz wrócić! – krzyczałam, pewnie cała moja rodzina słyszała mnie w domu. – Nie daruję mu tego, rozumiesz nie daruję.
W jednej chwili Edward podszedł do mnie, chwycił mnie za nadgarstki i przycisnął do tułowia.
- Bello, uspokój się nie możesz tam iść. Prędzej czy później Jacob nie wytrzyma i do nas przyjdzie wtedy sobie z nim wszystko wyjaśnisz. – Edward mówił to tak spokojnie, że myślałam, że polubił Jake.
- Nie ja muszę z nim porozmawiać teraz. – Zgrabnym ruchem wyjęłam telefon z kieszeni Edwarda i oddaliłam się kawałek. Wybrałam znany mi numer, używałam go, gdy potrzebowałam towarzystwa. Kiedy Edward mnie zostawił, ale nie chciałam przypominać sobie tego nieszczęsnego dla mnie okresu.
Pip, pip, pip.
- Halo ? Mówi Jacob, słucham.- znałam ten głos, teraz byłam na niego wściekła.
- Jacob, w naszym domu, masz być za 10 minut !- wrzasnęłam, po czym rozłączyłam się. Podeszłam do Edwarda i schowałam mu telefon w tą samą kieszeń , z której go wzięłam.
- Musimy biec do domu. – powiedziałam.
-Tak, wiem słyszałem. Ahh ty i te twoje pomysły. Uwielbiam gdy jesteś wściekła, zwłaszcza gdy to nie dotyczy mnie. – posłał mi swój łobuzerski uśmiech i pocałował mnie czule w usta. – To co kto pierwszy. I już go nie było. Udało mi się go dogonić jeszcze przed strumieniem. Wspaniale było tak biec i niczym się nie martwić. Jednak, kiedy wybiegłam na trawnik za domem, moje zmartwienia wróciły. Jacob siedział na schodach i szczerze się uśmiechał. Byłam na niego wściekła, stanowczym krokiem ruszyłam w jego kierunku. Chłopak podniósł się i zaczął.
- Bella, wow nie sądziłem, że będziesz wyglądać tak …. Pięknie. Naprawdę jesteś piękna, Bello.
- Zamknij się ! – Wrzasnęłam. Reszta mojej rodziny natychmiast znalazła się na tarasie. Wszyscy prócz Rosalie, która z małą na rękach została w domu. Widziałam, że przyglądają nam się zza szyby.
-Bella, ale o co ci ..- nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Jak śmiałeś… Jak śmiałeś, wpoić sobie do tego durnego, zapchlonego łba moją córkę !!
- Bella … Ja .. Ja.
- Co ty, ty nad tym nie panujesz tak ?!. Dopiero co chciałeś ją zabić, a teraz myślisz, że możesz ją sobie zabrać !! Ja jeden jedyny raz miałam ją na rękach, a ty już się do niej przykleiłeś. Co ty sobie wyobrażasz !!- Byłam wściekła, nie wściekła to za mało powiedziane. Widziałam jak Emmet zwija się ze śmiechu. Tylko czekał na taką sytuację. Kontem oka widziałam, że i Rosalie w domu, śmieje się jak opętana. Ona nie lubiła Jacoba od początku. Teraz to się tylko pogorszyło.
-Bella, pozwól mi to sobie wytłumaczyć. Ja nad tym nie panuję. Ja nie myślę Nessie tak jak no wiesz..- próbował się tłumaczyć.
- Co ty powiedziałeś ?!
- Oho teraz to mu się dostanie. – Wtrącił Emmet. - Pięć dolców, że się nie niego rzuci.- Dodał.
- Daję, dziesięć ! – krzyknęła Rosalie z domu.
- A ja dam dwanaście, że go ledwo draśnie. – Nawet Jasper się zakładał.
- A ja dam sto, że się opanuje i tylko mu wszystko wygranie. Dodała Alice.
- Ja będę równie szczęśliwy, jeśli coś mu jednak zrobi, chociaż małe draśnięcie. – Nie tego się nie spodziewałam, Edward, Edward się zakładał.
Nie miałam głowy do ich głupich zakładów musiałam coś zrobić z tą sytuacją.
- Nazwałeś moją córkę Nessie !
- Tak, a bo co ?
- Jak śmiesz porównywać Renesmee do jakiegoś potwora z Loch –Ness ! Masz zakaz zbliżania się do małej ROZUMIESZ !
- Ale ja nie mogę, nie mogę tak żyć ja muszę ją widywać.
- Nie i koniec, a teraz idź stąd zanim przestanę nad sobą panować !
Jacob, odwrócił się i wbiegł w ścianę lasu, pewnie zmienił się w wilka. Bo wyczułam dziwny smród.
- A niech mnie, znowu Alice wygrała!- nagle odezwał się Emmet.
- Przecież wiadomo, że z Alice nie ma się co zakładać.- Dodał Edward. – Muszę przyznać, kochanie, że jestem lekko zawiedziony. – zwrócił się do mnie.
- Jak to ?- nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Myślałem, że coś mu zrobisz, chociaż draśniesz, a tu nic. – podszedł do mnie i pocałował w czoło.
- I ty mnie denerwujesz. - Wyswobodziłam się z jego objęć i poszłam w kierunku domu. Gdy tylko weszłam do środka usłyszałam płacz Renesmee. Natychmiast znalazłam się przy niej. Mała siedziała w czymś, co przypominało mi ogrodzenie.
- W czym ona leży? – zapytałam Edwarda.
- A to, to coś w rodzaju kojca, nie było czasu na prawdziwą wyprawkę.
- Boże, moje dziecko nie będzie leżało w klatce. – Podeszłam i wzięłam ją na ręce, od razu przestała płakać. A na jej twarzy pojawił się uśmiech, któremu towarzyszyły dwa rumieńce.
- No już kochanie, mama jest z tobą. Już nie będziesz siedziała w tej klatce. – Renesmee dotknęła dłonią mojego policzka. Zobaczyłam siebie jak wyrzucam wszystko Jacobowi, to jak moja rodzina się zakłada, śmiejącą się Rosalie. I to, gdy Rose wsadzała małą do „kojca” i to jak się jej to nie podoba.
- Edwardzie. – zwróciłam się do mojego męża.
- Tak kochanie ?
- Musimy wybrać się po pełną wyprawkę. – powiedziałam to patrząc na mojego szkraba.
- Ohh, no skoro już jesteś na tyle zdolna, żeby się kontrolować. Myślę, że moglibyśmy, co ty na to Carlisle ?
- Myślę, że tak, możecie jechać, powodzenia w wyborze.
- Mogę jechać z wami, Proszę, proszę. – wtrąciła Alice.
- Ehm, Alice mieliśmy udać się na polowanie nie pamiętasz ? – dodał Jasper, wyczuł w moich emocjach, że chciałabym zrobić te zakupy sama z Edwardem. A nie miałam odwagi jej tego powiedzieć.
- A tak, szkoda, innym razem. – odwróciła się na pięcie i zniknęła w lesie.
- To co jedziemy. Renesmee kochanie zostaniesz teraz z babcią Esme i ciocią Rose dobrze. Mama z tatą pojadą po wyprawkę dla naszej księżniczki. – Dałam jej całusa w policzek i podałam ją szwagierce. Pobiegnę tylko, po kurtkę. Sekundę potem byłam już z powrotem na dole.
- To co jedziemy ? – zapytałam Edwarda.
- Tak, chodźmy.
Wybraliśmy jego volvo. Ja nie miałam ochoty prowadzić mojego samochodu. A tak wspomnę o tym, że moją starą furgonetkę , zastąpiły już trzy samochody. Pierwszy ten przedślubny, drugi ten poślubny i ten, którego jeszcze nie widziałam, czyli ten na uczczenie mojej przemiany. Miałam nadzieję, że Edward go jeszcze nie zakupił skoro nie jeździłam nawet tym poślubnym. Jechaliśmy w stronę Port Angeles, ale po pewnym czasie zorientowałam się, że jednak tam nie jedziemy.
- Gdzie jedziemy? – zapytałam.
- Na zakupy. – Odpowiedział mi ze swoim łobuzerskim uśmiechem na twarzy.
- No tak, ale gdzie dokładnie. Mieliśmy jechać na zakupy do Port Angeles.
- Nie kochanie, mieliśmy jechać na zakupy a nie na zakupy do Port Angeles.- odpowiedział.
- Ah, no to gdzie jedziemy ?
- Dowiesz się jak dojedziemy.
Jechaliśmy dłuższy czas. Nagle w ścianie lasu dostrzegłam, rdzawo-brązowego basiora.
- Możesz jechać szybciej ? – zapytałam Edwarda.
- Dlaczego ?- zapytał.
- Bo nie chcę zaraz wyskoczyć i zagryźć Jacoba na śmierć. – odparłam spoglądając w jego stronę.
- Ah, tak. Oczywiście, że mogę. – I już jechaliśmy jakieś dwieście na godzinę. Byłam tak zajęta patrzeniem się na niebo, drzewa, że nie zdawałam sobie sprawy, że dojechaliśmy właśnie do Seattle.
- Seattle ?- zapytałam zdziwiona.
- Tak. Przecież gdybyśmy kupowali wyprawkę dla dziecka w Port Angeles, albo w Forks, moglibyśmy spotkać kogoś ze znajomych. A wtedy zapewne po Forks chodziły by plotki, że jesteś w ciąży, a wtedy dowiedział by Charlie. Rozumiesz już ?
- A tak masz rację. – Podjechaliśmy po duży sklep z artykułami dla dzieci i niemowląt. Weszliśmy, sklep był ogromny. Najpierw poszliśmy na łóżeczka, zaciągnął mnie tam Edward, nie wiedziałam po co, przecież mieliśmy już łóżeczko dla Renesmee. Edward wybrał piękne, z ciemnego brązu. Potem poszliśmy na wózki. Naprawdę nie wiedziałam, po co nam wózek skoro możemy nosić ją na rękach. Ale Edward uparł się, że dla pozorów musimy mieć wszystko. Wybraliśmy wózek nowoczesny, czarno czerwony. Potem, tym razem ja wpadłam w wir, uroczych małych różowych ubranek. Wybrałam chyba z wszystkiego po dwa komplety. Były różowe, czerwone, żółte, zielone, pomarańczowe, nawet niebieskie. Kiedy wyszłam z działu z pełnym wózkiem ubranek, Edward zaczął się śmiać.
- A ty z czego rżysz ? – zapytałam.
- Jak to z czego. Przecież ty nigdy nie lubiłaś zakupów z kategorii ubrania. A teraz, nie poznaję cię Bello. – Uśmiechnął się złowieszczo.
- Oj nie przesadzaj już. Chodźmy dalej. – Poszliśmy na różne balsamy, kremy itp.
- Kochanie, zostałabyś na chwilę w kawiarni ? – Zapytał mnie w pewnym momencie.
- Dobrze. Tylko wracaj szybko.
Złożył na moich ustach namiętny pocałunek i poszedł coś załatwić. Ja postanowiłam usiąść na pufie i poczytać jakąś gazetę. Moją uwagę przykuł nagłówek jednego z artykułów :
W SEATTLE I OKOLICACH GRASUJE PORYWACZ DZIECI !!!
Odruchowo pomyślałam o Renesmee. Wiedziałam, że jej nic nie może się stać w domu pełnym wampirów. Nim się obejrzałam wrócił Edward.
- Bello. Zatrzymaj się!. Nie możesz tam iść. Nie możesz już odwiedzać Jacoba. Nie możemy łamać postanowień paktu. Bello uspokój się i wracajmy do domu, Renesmee zaraz się obudzi.
- Nie, nie mogę teraz wrócić! – krzyczałam, pewnie cała moja rodzina słyszała mnie w domu. – Nie daruję mu tego, rozumiesz nie daruję.
W jednej chwili Edward podszedł do mnie, chwycił mnie za nadgarstki i przycisnął do tułowia.
- Bello, uspokój się nie możesz tam iść. Prędzej czy później Jacob nie wytrzyma i do nas przyjdzie wtedy sobie z nim wszystko wyjaśnisz. – Edward mówił to tak spokojnie, że myślałam, że polubił Jake.
- Nie ja muszę z nim porozmawiać teraz. – Zgrabnym ruchem wyjęłam telefon z kieszeni Edwarda i oddaliłam się kawałek. Wybrałam znany mi numer, używałam go, gdy potrzebowałam towarzystwa. Kiedy Edward mnie zostawił, ale nie chciałam przypominać sobie tego nieszczęsnego dla mnie okresu.
Pip, pip, pip.
- Halo ? Mówi Jacob, słucham.- znałam ten głos, teraz byłam na niego wściekła.
- Jacob, w naszym domu, masz być za 10 minut !- wrzasnęłam, po czym rozłączyłam się. Podeszłam do Edwarda i schowałam mu telefon w tą samą kieszeń , z której go wzięłam.
- Musimy biec do domu. – powiedziałam.
-Tak, wiem słyszałem. Ahh ty i te twoje pomysły. Uwielbiam gdy jesteś wściekła, zwłaszcza gdy to nie dotyczy mnie. – posłał mi swój łobuzerski uśmiech i pocałował mnie czule w usta. – To co kto pierwszy. I już go nie było. Udało mi się go dogonić jeszcze przed strumieniem. Wspaniale było tak biec i niczym się nie martwić. Jednak, kiedy wybiegłam na trawnik za domem, moje zmartwienia wróciły. Jacob siedział na schodach i szczerze się uśmiechał. Byłam na niego wściekła, stanowczym krokiem ruszyłam w jego kierunku. Chłopak podniósł się i zaczął.
- Bella, wow nie sądziłem, że będziesz wyglądać tak …. Pięknie. Naprawdę jesteś piękna, Bello.
- Zamknij się ! – Wrzasnęłam. Reszta mojej rodziny natychmiast znalazła się na tarasie. Wszyscy prócz Rosalie, która z małą na rękach została w domu. Widziałam, że przyglądają nam się zza szyby.
-Bella, ale o co ci ..- nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Jak śmiałeś… Jak śmiałeś, wpoić sobie do tego durnego, zapchlonego łba moją córkę !!
- Bella … Ja .. Ja.
- Co ty, ty nad tym nie panujesz tak ?!. Dopiero co chciałeś ją zabić, a teraz myślisz, że możesz ją sobie zabrać !! Ja jeden jedyny raz miałam ją na rękach, a ty już się do niej przykleiłeś. Co ty sobie wyobrażasz !!- Byłam wściekła, nie wściekła to za mało powiedziane. Widziałam jak Emmet zwija się ze śmiechu. Tylko czekał na taką sytuację. Kontem oka widziałam, że i Rosalie w domu, śmieje się jak opętana. Ona nie lubiła Jacoba od początku. Teraz to się tylko pogorszyło.
-Bella, pozwól mi to sobie wytłumaczyć. Ja nad tym nie panuję. Ja nie myślę Nessie tak jak no wiesz..- próbował się tłumaczyć.
- Co ty powiedziałeś ?!
- Oho teraz to mu się dostanie. – Wtrącił Emmet. - Pięć dolców, że się nie niego rzuci.- Dodał.
- Daję, dziesięć ! – krzyknęła Rosalie z domu.
- A ja dam dwanaście, że go ledwo draśnie. – Nawet Jasper się zakładał.
- A ja dam sto, że się opanuje i tylko mu wszystko wygranie. Dodała Alice.
- Ja będę równie szczęśliwy, jeśli coś mu jednak zrobi, chociaż małe draśnięcie. – Nie tego się nie spodziewałam, Edward, Edward się zakładał.
Nie miałam głowy do ich głupich zakładów musiałam coś zrobić z tą sytuacją.
- Nazwałeś moją córkę Nessie !
- Tak, a bo co ?
- Jak śmiesz porównywać Renesmee do jakiegoś potwora z Loch –Ness ! Masz zakaz zbliżania się do małej ROZUMIESZ !
- Ale ja nie mogę, nie mogę tak żyć ja muszę ją widywać.
- Nie i koniec, a teraz idź stąd zanim przestanę nad sobą panować !
Jacob, odwrócił się i wbiegł w ścianę lasu, pewnie zmienił się w wilka. Bo wyczułam dziwny smród.
- A niech mnie, znowu Alice wygrała!- nagle odezwał się Emmet.
- Przecież wiadomo, że z Alice nie ma się co zakładać.- Dodał Edward. – Muszę przyznać, kochanie, że jestem lekko zawiedziony. – zwrócił się do mnie.
- Jak to ?- nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Myślałem, że coś mu zrobisz, chociaż draśniesz, a tu nic. – podszedł do mnie i pocałował w czoło.
- I ty mnie denerwujesz. - Wyswobodziłam się z jego objęć i poszłam w kierunku domu. Gdy tylko weszłam do środka usłyszałam płacz Renesmee. Natychmiast znalazłam się przy niej. Mała siedziała w czymś, co przypominało mi ogrodzenie.
- W czym ona leży? – zapytałam Edwarda.
- A to, to coś w rodzaju kojca, nie było czasu na prawdziwą wyprawkę.
- Boże, moje dziecko nie będzie leżało w klatce. – Podeszłam i wzięłam ją na ręce, od razu przestała płakać. A na jej twarzy pojawił się uśmiech, któremu towarzyszyły dwa rumieńce.
- No już kochanie, mama jest z tobą. Już nie będziesz siedziała w tej klatce. – Renesmee dotknęła dłonią mojego policzka. Zobaczyłam siebie jak wyrzucam wszystko Jacobowi, to jak moja rodzina się zakłada, śmiejącą się Rosalie. I to, gdy Rose wsadzała małą do „kojca” i to jak się jej to nie podoba.
- Edwardzie. – zwróciłam się do mojego męża.
- Tak kochanie ?
- Musimy wybrać się po pełną wyprawkę. – powiedziałam to patrząc na mojego szkraba.
- Ohh, no skoro już jesteś na tyle zdolna, żeby się kontrolować. Myślę, że moglibyśmy, co ty na to Carlisle ?
- Myślę, że tak, możecie jechać, powodzenia w wyborze.
- Mogę jechać z wami, Proszę, proszę. – wtrąciła Alice.
- Ehm, Alice mieliśmy udać się na polowanie nie pamiętasz ? – dodał Jasper, wyczuł w moich emocjach, że chciałabym zrobić te zakupy sama z Edwardem. A nie miałam odwagi jej tego powiedzieć.
- A tak, szkoda, innym razem. – odwróciła się na pięcie i zniknęła w lesie.
- To co jedziemy. Renesmee kochanie zostaniesz teraz z babcią Esme i ciocią Rose dobrze. Mama z tatą pojadą po wyprawkę dla naszej księżniczki. – Dałam jej całusa w policzek i podałam ją szwagierce. Pobiegnę tylko, po kurtkę. Sekundę potem byłam już z powrotem na dole.
- To co jedziemy ? – zapytałam Edwarda.
- Tak, chodźmy.
Wybraliśmy jego volvo. Ja nie miałam ochoty prowadzić mojego samochodu. A tak wspomnę o tym, że moją starą furgonetkę , zastąpiły już trzy samochody. Pierwszy ten przedślubny, drugi ten poślubny i ten, którego jeszcze nie widziałam, czyli ten na uczczenie mojej przemiany. Miałam nadzieję, że Edward go jeszcze nie zakupił skoro nie jeździłam nawet tym poślubnym. Jechaliśmy w stronę Port Angeles, ale po pewnym czasie zorientowałam się, że jednak tam nie jedziemy.
- Gdzie jedziemy? – zapytałam.
- Na zakupy. – Odpowiedział mi ze swoim łobuzerskim uśmiechem na twarzy.
- No tak, ale gdzie dokładnie. Mieliśmy jechać na zakupy do Port Angeles.
- Nie kochanie, mieliśmy jechać na zakupy a nie na zakupy do Port Angeles.- odpowiedział.
- Ah, no to gdzie jedziemy ?
- Dowiesz się jak dojedziemy.
Jechaliśmy dłuższy czas. Nagle w ścianie lasu dostrzegłam, rdzawo-brązowego basiora.
- Możesz jechać szybciej ? – zapytałam Edwarda.
- Dlaczego ?- zapytał.
- Bo nie chcę zaraz wyskoczyć i zagryźć Jacoba na śmierć. – odparłam spoglądając w jego stronę.
- Ah, tak. Oczywiście, że mogę. – I już jechaliśmy jakieś dwieście na godzinę. Byłam tak zajęta patrzeniem się na niebo, drzewa, że nie zdawałam sobie sprawy, że dojechaliśmy właśnie do Seattle.
- Seattle ?- zapytałam zdziwiona.
- Tak. Przecież gdybyśmy kupowali wyprawkę dla dziecka w Port Angeles, albo w Forks, moglibyśmy spotkać kogoś ze znajomych. A wtedy zapewne po Forks chodziły by plotki, że jesteś w ciąży, a wtedy dowiedział by Charlie. Rozumiesz już ?
- A tak masz rację. – Podjechaliśmy po duży sklep z artykułami dla dzieci i niemowląt. Weszliśmy, sklep był ogromny. Najpierw poszliśmy na łóżeczka, zaciągnął mnie tam Edward, nie wiedziałam po co, przecież mieliśmy już łóżeczko dla Renesmee. Edward wybrał piękne, z ciemnego brązu. Potem poszliśmy na wózki. Naprawdę nie wiedziałam, po co nam wózek skoro możemy nosić ją na rękach. Ale Edward uparł się, że dla pozorów musimy mieć wszystko. Wybraliśmy wózek nowoczesny, czarno czerwony. Potem, tym razem ja wpadłam w wir, uroczych małych różowych ubranek. Wybrałam chyba z wszystkiego po dwa komplety. Były różowe, czerwone, żółte, zielone, pomarańczowe, nawet niebieskie. Kiedy wyszłam z działu z pełnym wózkiem ubranek, Edward zaczął się śmiać.
- A ty z czego rżysz ? – zapytałam.
- Jak to z czego. Przecież ty nigdy nie lubiłaś zakupów z kategorii ubrania. A teraz, nie poznaję cię Bello. – Uśmiechnął się złowieszczo.
- Oj nie przesadzaj już. Chodźmy dalej. – Poszliśmy na różne balsamy, kremy itp.
- Kochanie, zostałabyś na chwilę w kawiarni ? – Zapytał mnie w pewnym momencie.
- Dobrze. Tylko wracaj szybko.
Złożył na moich ustach namiętny pocałunek i poszedł coś załatwić. Ja postanowiłam usiąść na pufie i poczytać jakąś gazetę. Moją uwagę przykuł nagłówek jednego z artykułów :
W SEATTLE I OKOLICACH GRASUJE PORYWACZ DZIECI !!!
Odruchowo pomyślałam o Renesmee. Wiedziałam, że jej nic nie może się stać w domu pełnym wampirów. Nim się obejrzałam wrócił Edward.
Z PUNKTU WIDZENIA EDWARDA.
Miałem w zanadrzu niespodziankę, ale nie mogłem powiedzieć jej
nic.
- Kochanie zostałabyś na chwilę w kawiarni. Muszę coś załatwić. – miałem nadzieję, że się zgodzi.
- Dobrze, tylko wracaj szybko. – Pocałowałem ją czule w usta i szybkim krokiem oddaliłem się. Zmierzałem w kierunku sklepu meblowego. Znalazłszy się w środku, zobaczyłem, że to to miejsce.
- Dzień dobry. – przywitałem się.
- Witam, w czym mogę panu pomóc. – zapytał uprzejmie starszy pan z siwą brodą.
- Chciałbym zamówić komplet mebli dla dziecka, robione na zamówienie.
- Dobrze, jakiś wybrany kolor. – Zapytał wysokim barytonem.
- Tak ciemne drewno o takie jak to( pokazałem, mu zdjęcie) i materiał w jasnym odcieniu różu.
- Dobrze, skontaktuję się z panem, gdy będą gotowe.
- Dziękuję bardzo do widzenia.- Wyszedłem.
Dochodząc do kawiarni zobaczyłem, Bellę która coś czytała.
- Kochanie zostałabyś na chwilę w kawiarni. Muszę coś załatwić. – miałem nadzieję, że się zgodzi.
- Dobrze, tylko wracaj szybko. – Pocałowałem ją czule w usta i szybkim krokiem oddaliłem się. Zmierzałem w kierunku sklepu meblowego. Znalazłszy się w środku, zobaczyłem, że to to miejsce.
- Dzień dobry. – przywitałem się.
- Witam, w czym mogę panu pomóc. – zapytał uprzejmie starszy pan z siwą brodą.
- Chciałbym zamówić komplet mebli dla dziecka, robione na zamówienie.
- Dobrze, jakiś wybrany kolor. – Zapytał wysokim barytonem.
- Tak ciemne drewno o takie jak to( pokazałem, mu zdjęcie) i materiał w jasnym odcieniu różu.
- Dobrze, skontaktuję się z panem, gdy będą gotowe.
- Dziękuję bardzo do widzenia.- Wyszedłem.
Dochodząc do kawiarni zobaczyłem, Bellę która coś czytała.
Z PUNKTU WIDZENIA BELLI.
- No to jak pani Cullen, wracamy.- Usłyszałam głos mojego anioła.
- Yhym, tak już możemy.- Wstałam, odłożyłam gazetę i wyszłam razem z Edwardem do samochodu. Zapakowaliśmy wszystko jednym zgrabnym ruchem. W drogę powrotną jechaliśmy o wiele krócej. Gdy dojechaliśmy do domu, było po dwudziestej-drugiej, a mimo to zobaczyłam, że mała nie śpi.
- Hej, wróciliśmy. A to co czemu mała nie śpi? – Zapytałam, biorąc ją na ręce.
- Bo nie mogła zasnąć bez „ twojej kołysanki”, którą jej nuciłaś wczoraj. Pokazywała mi to wspomnienie i pokazywała. Ale ja nie umiałam jej nucić. – Powiedziała Rosalie.
- Ahh tak … No to już idziemy się myć i spać, moja panno. – Choć Renesmee miała zaledwie 4 dni, była wielkości miesięcznego dziecka. Była by normalnym noworodkiem, gdyby nie jej dar i nie to, że ma śnieżnobiałe małe kły. No i jeszcze to, że na słońcu lekko się iskrzyła. Weszłyśmy do łazienki, między czasie Edward z Emmetem wnieśli nasze zakupy. Wybrałam z nich szybko piżamkę dla małej i pobiegłam do niej na górę. Nalałam do wanienki ciepłej, ale nie za gorącej wody. Renesmee przy kąpieli była grzeczna. Żuła swoją gumową kaczuszkę. Kiedy próbowałam myć jej główkę zaczęła się szarpać.
- Edward, możesz tu przyjść na chwilę. – Zawołałam go bo sama nie dałabym sobie rady.
- Co jest. - Zapytał gdy tylko wszedł do łazienki.
- Pomożesz, mała nie daje mi umyć sobie głowy.
- Ohh, nasza mała księżniczka nie chce dać umyć sobie głowy tak. No tak, tak rozumiem, pierwszy raz kompana przez mamusię. – Zaśmiał się.
- Czy ty coś mi sugerujesz ?- zapytałam uwodzicielskim głosem.
- Nie kochanie, nic a nic.- Znów mnie pocałował. Na chwilę zapomnieliśmy o tym, że Renesmee leży na ręczniku i czeka, aż się nią zajmiemy.
- Poczekaj aż mała zaśnie. – Powiedziałam i odsunęłam go od siebie.
- Ooo, no dobrze.- Zrobił minę naburmuszonego dziecka.
- Dobra bierzmy się do roboty. – Przerwał ciszę Edward.
Edward szybkim i zgrabnym ruchem umył Renesmee główkę, a potem wyjął ją z wanienki na ręczik i zawinął w kokonik. Przeszliśmy do sypialni, tam starannie wytarłam małą i przebrałam w uroczego białego pajacyka w małe biedroneczki. Wyglądała tak słodko.
- Czy mogę dziś ja ponucić naszej księżniczce. – Zapytał mnie mój mąż.
- Oczywiście, że możesz. Ja pójdę w takim razie porozkładać ubranka małej do szafki.- Zeszłam na dół.
Moja rodzina siedziała na kanapie i oglądała coś w telewizji.
- Coś ciekawego, w telewizji. –Zapytałam.
- O Bello, nie słyszeliśmy jak schodziłaś. Nie nic nie ma. A jak tam pierwsza kąpiel ?- To Rosalie pierwsza się odezwała.
- W sumie dobrze, tylko Edward musiał pomóc mi w myciu małej główki, bo się strasznie wyrywała.
- Haha. Znam ten ból.- Odpowiedziała.
- Idę powkładać, ubranka małej do szafy.
- Poczekaj pomogę ci. – Dodała Alice.
-Ja też.- Tak więc ja, Alice i Rosalie wzięłyśmy wszystkie torby,( a było ich chyba piętnaście), na górę kiedy weszłyśmy do pokoju, Edward pochylał się nad Renesmee, która leżała na łóżku z zamkniętymi oczkami.
- Śpi. – zapytałam
- Tak. Odłożę ją do łóżeczka.
Wstał, delikatnie wziął ją na ręce i odłożył do łóżeczka. Przyszedł do nas do garderoby, objął mnie w tali i zaczął szeptać mi do ucha czułe słówka.
- Nie jesteśmy sami, jak byś nie zapomniał. – Upomniałam go.
- Oj tam, oj tam.
- To my już pójdziemy, prawda Alice. – Posłała jej porozumiewawcze spojrzenie. Obie wyszły. A Edward jednym ruchem podniósł mnie i zaniósł na łóżko.
- Co ty robisz. – Zapytałam cicho chichocząc.
- Zamierzać spełnić swoją obietnicę, prawda ? – zapytał mnie uśmiechając się.
- Oczywiście ale może nie kiedy mała jest tuż obok. – wyswobodziłam się z jego objęć i zajęłam się ponownym układaniem ubrań.
- Bello, o co chodzi.
- O nic. Po prostu nie chcę tego, przy małej. No i chyba nie zapomniałeś, że reszta jest na dole.
- Nie, nie zapomniałem. Kochanie jak nie dziś to kiedy. – Był chyba zawiedziony, że dziś nic z tego.
Choć minęły już dwa dni odkąd jestem wampirem, na pierwszym miejscu była teraz dla mnie Renesmee. Na drugim oczywiście Edward. Ale nie miałam ochoty, nie kiedy tuż obok jest moja córka.
- Kochanie, nie myśl sobie, że tego nie chcę. Otóż chcę, bardzo chcę. Ale mała może się w każdej chwili obudzić. Załatwimy małej jakąś nianię i wtedy dobrze. – Miałam nadzieję, że się zgodzi.
- No dobrze, tyle na ciebie czekałem, to mogę poczekać jeszcze trochę.- Dał mi całusa w policzek i pobiegł coś zapytać Alice.
Usłyszałam tylko to, że chce żeby zajęły się małą przez jakieś 3 dni, a potem ją gdzieś przywiozły. Nie słyszałam o co chodzi dokładnie. Przerwał mi płacz Renesmee. Pośpiesznie wzięłam ją na ręce i ukołysałam z powrotem do snu. Zasnęła. Wyszłam na balkon i patrzyłam w gwiazdy. Zamknęłam oczy i myślałam, jak cudownie jest być matką, żoną i wampirzycą. Ktoś objął mnie w talii. Wiedziałam, że to Edward, całował moją szyję, i pieścił moje włosy. Odwróciłam się, zaczęliśmy się całować. Resztę wieczoru spędziliśmy na tarasie siedząc na bujanej huśtawce, całując się i rozmawiając o naszym przyszłym życiu.
- No to jak pani Cullen, wracamy.- Usłyszałam głos mojego anioła.
- Yhym, tak już możemy.- Wstałam, odłożyłam gazetę i wyszłam razem z Edwardem do samochodu. Zapakowaliśmy wszystko jednym zgrabnym ruchem. W drogę powrotną jechaliśmy o wiele krócej. Gdy dojechaliśmy do domu, było po dwudziestej-drugiej, a mimo to zobaczyłam, że mała nie śpi.
- Hej, wróciliśmy. A to co czemu mała nie śpi? – Zapytałam, biorąc ją na ręce.
- Bo nie mogła zasnąć bez „ twojej kołysanki”, którą jej nuciłaś wczoraj. Pokazywała mi to wspomnienie i pokazywała. Ale ja nie umiałam jej nucić. – Powiedziała Rosalie.
- Ahh tak … No to już idziemy się myć i spać, moja panno. – Choć Renesmee miała zaledwie 4 dni, była wielkości miesięcznego dziecka. Była by normalnym noworodkiem, gdyby nie jej dar i nie to, że ma śnieżnobiałe małe kły. No i jeszcze to, że na słońcu lekko się iskrzyła. Weszłyśmy do łazienki, między czasie Edward z Emmetem wnieśli nasze zakupy. Wybrałam z nich szybko piżamkę dla małej i pobiegłam do niej na górę. Nalałam do wanienki ciepłej, ale nie za gorącej wody. Renesmee przy kąpieli była grzeczna. Żuła swoją gumową kaczuszkę. Kiedy próbowałam myć jej główkę zaczęła się szarpać.
- Edward, możesz tu przyjść na chwilę. – Zawołałam go bo sama nie dałabym sobie rady.
- Co jest. - Zapytał gdy tylko wszedł do łazienki.
- Pomożesz, mała nie daje mi umyć sobie głowy.
- Ohh, nasza mała księżniczka nie chce dać umyć sobie głowy tak. No tak, tak rozumiem, pierwszy raz kompana przez mamusię. – Zaśmiał się.
- Czy ty coś mi sugerujesz ?- zapytałam uwodzicielskim głosem.
- Nie kochanie, nic a nic.- Znów mnie pocałował. Na chwilę zapomnieliśmy o tym, że Renesmee leży na ręczniku i czeka, aż się nią zajmiemy.
- Poczekaj aż mała zaśnie. – Powiedziałam i odsunęłam go od siebie.
- Ooo, no dobrze.- Zrobił minę naburmuszonego dziecka.
- Dobra bierzmy się do roboty. – Przerwał ciszę Edward.
Edward szybkim i zgrabnym ruchem umył Renesmee główkę, a potem wyjął ją z wanienki na ręczik i zawinął w kokonik. Przeszliśmy do sypialni, tam starannie wytarłam małą i przebrałam w uroczego białego pajacyka w małe biedroneczki. Wyglądała tak słodko.
- Czy mogę dziś ja ponucić naszej księżniczce. – Zapytał mnie mój mąż.
- Oczywiście, że możesz. Ja pójdę w takim razie porozkładać ubranka małej do szafki.- Zeszłam na dół.
Moja rodzina siedziała na kanapie i oglądała coś w telewizji.
- Coś ciekawego, w telewizji. –Zapytałam.
- O Bello, nie słyszeliśmy jak schodziłaś. Nie nic nie ma. A jak tam pierwsza kąpiel ?- To Rosalie pierwsza się odezwała.
- W sumie dobrze, tylko Edward musiał pomóc mi w myciu małej główki, bo się strasznie wyrywała.
- Haha. Znam ten ból.- Odpowiedziała.
- Idę powkładać, ubranka małej do szafy.
- Poczekaj pomogę ci. – Dodała Alice.
-Ja też.- Tak więc ja, Alice i Rosalie wzięłyśmy wszystkie torby,( a było ich chyba piętnaście), na górę kiedy weszłyśmy do pokoju, Edward pochylał się nad Renesmee, która leżała na łóżku z zamkniętymi oczkami.
- Śpi. – zapytałam
- Tak. Odłożę ją do łóżeczka.
Wstał, delikatnie wziął ją na ręce i odłożył do łóżeczka. Przyszedł do nas do garderoby, objął mnie w tali i zaczął szeptać mi do ucha czułe słówka.
- Nie jesteśmy sami, jak byś nie zapomniał. – Upomniałam go.
- Oj tam, oj tam.
- To my już pójdziemy, prawda Alice. – Posłała jej porozumiewawcze spojrzenie. Obie wyszły. A Edward jednym ruchem podniósł mnie i zaniósł na łóżko.
- Co ty robisz. – Zapytałam cicho chichocząc.
- Zamierzać spełnić swoją obietnicę, prawda ? – zapytał mnie uśmiechając się.
- Oczywiście ale może nie kiedy mała jest tuż obok. – wyswobodziłam się z jego objęć i zajęłam się ponownym układaniem ubrań.
- Bello, o co chodzi.
- O nic. Po prostu nie chcę tego, przy małej. No i chyba nie zapomniałeś, że reszta jest na dole.
- Nie, nie zapomniałem. Kochanie jak nie dziś to kiedy. – Był chyba zawiedziony, że dziś nic z tego.
Choć minęły już dwa dni odkąd jestem wampirem, na pierwszym miejscu była teraz dla mnie Renesmee. Na drugim oczywiście Edward. Ale nie miałam ochoty, nie kiedy tuż obok jest moja córka.
- Kochanie, nie myśl sobie, że tego nie chcę. Otóż chcę, bardzo chcę. Ale mała może się w każdej chwili obudzić. Załatwimy małej jakąś nianię i wtedy dobrze. – Miałam nadzieję, że się zgodzi.
- No dobrze, tyle na ciebie czekałem, to mogę poczekać jeszcze trochę.- Dał mi całusa w policzek i pobiegł coś zapytać Alice.
Usłyszałam tylko to, że chce żeby zajęły się małą przez jakieś 3 dni, a potem ją gdzieś przywiozły. Nie słyszałam o co chodzi dokładnie. Przerwał mi płacz Renesmee. Pośpiesznie wzięłam ją na ręce i ukołysałam z powrotem do snu. Zasnęła. Wyszłam na balkon i patrzyłam w gwiazdy. Zamknęłam oczy i myślałam, jak cudownie jest być matką, żoną i wampirzycą. Ktoś objął mnie w talii. Wiedziałam, że to Edward, całował moją szyję, i pieścił moje włosy. Odwróciłam się, zaczęliśmy się całować. Resztę wieczoru spędziliśmy na tarasie siedząc na bujanej huśtawce, całując się i rozmawiając o naszym przyszłym życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz